środa, 23 września 2015

Jeżeli nie masz na utrzymaniu rodziny, nie grozi ci głód, nie jesteś Tutsi, ani Hutu i te sprawy, to wystarczy.
Bo jak kiedyś powiedziała czasem-mądra-osoba, masz to w głowie, na co sobie pozwolisz. Poukładanie wewnętrzne i szczęście bierze się ze świadomości, że wszystko jest tak, jak być powinno.

(Dziwność słowa poukładanie sponsoruje moja awersja do słowa harmonia.)

Jest niełatwo, ale stabilnie. Poza ściskiem w klatce piersiowej dolega mi jedynie ochota na szaleństwo.
Kiedyś sobie pozwolę. A co.

środa, 12 sierpnia 2015

Tymczasowo czas się ustabilizował. Każda z sekund trwa dokładnie tyle samo czasu, co poprzednia. Dzień jest równy dniu, tydzień - tygodniowi. (W skali rocznej czy miesięcznej wypowiedzieć się jeszcze nie mogę, na razie jedynie sygnalizuję zmianę.)

I wykreślam z mojego słownika następujący zestaw wyrazów:

nareszcie

w końcu

(i tak dalej)




I jest mi z tym dobrze, mogę każdemu polecić rozliczyć się z tymi wyrazami.

niedziela, 19 kwietnia 2015

bezsensu

"Czy codzienność jest życiem, czy tylko oczekiwaniem na coś, co się będzie działo?", pytają mnie wszystkie ludzie, jakby oczekiwali, że udzielę odpowiedzi, że dam remedium na wszystkie bóle i rozterki. A przecież wewnątrz mojej głowy nie siedzi Atena, nie jestem Zeusem, mam tam zwykłe gagackie, przyzwyczajne półkule (prawą na miejscu lewej, lewą na miejscu prawej). Są tacy, którzy na mnie polegają (zgroza!, tak łatwo ich zawieść), są i tacy, którzy uważają moje wymysły za niepoprawne bajdurzenie, i ci, którzy upierają się, że powinnam działać cicho i niezauważalnie jak rosnące paznokcie. Prawdopodobnie oni wszyscy mają rację, a ja tu nie mogę się wypowiedzieć na swój temat: wiem tylko, jak mam na imię, choć nie jest to wartość bezwzględna - mam świadomość, że ta nikomu niepotrzebna wiedza służy jedynie mnie, poszerzając rozpasane, rozbestwione subiektywizmy rozlokowane szczelnie dookoła. Tak, wiem, że łączą się ze sobą, kawałek po kawałku, jak puzzle, które znudzony dzieciak podkleił taśmą klejącą (żeby nigdy więcej nie musieć już użerać się z tysiącem elementów, co je tak rzetelnie, z rosnącym wkurzeniem, układał). No, przyznaję, niełatwo oddycha się w takim układzie, powietrze jest ciężkie i ma zbyt brązowy odcień jak na bezwzględne szczęście; podejrzewam jednak, że to zasługa jedynie niepoprawnej perspektywy i niedostatecznego oświetlenia. Oświetlenie powinno zmienić się na lepsze wraz z wydłużaniem się dnia, aczkolwiek trudno mi przewidzieć, kiedy to nastąpi, gdyż nie mam zdolności astronomicznych, a kalendarze nie potrafią przenikać przez puzzlowe ściany. Pozostaje mi jedynie wierzyć, że opinia publiczna nie kłamie, uwierzycie? Ja. Zmuszona polegać na tym badziewiu. A - paradoksalnie - wszystko to wywiedzione z potrzeby bezpieczeństwa. Z egoizmu i potrzeby zaspokojenia instynktu przetrwania jakimkolwiek względnie spójnym złudzeniem.
Nadal chcecie mi wierzyć?

piątek, 13 marca 2015

poranne czytanie to coś, co lubię bardzo.

Gagactwo rzecze dziś krótko, lecz treściwie.


Dlaczego poranne czytanie?
 
Czytanie późnym wieczorem czy nocą jest jak narkomania, jak okradanie samego siebie z naturalnych zasobów - kradniesz swój cenny czas snu, żeby zaspokoić potrzebę czytelnictwa. Co prawda to zupełnie miły nałóg, czasem rozwijający podobno nawet, ale na dłuższą metę może być destrukcyjny. Zróbmy ćwiczenie! Wyobraź sobie teraz alternatywną wersję siebie: permanentnie podkrążone oczy, wiecznie spóźniony/a, ziewający/a w każdych okolicznościach, mało ogarniasz rzeczywistość, zwłaszcza o poranku. I porównaj tę alternatywę ze stanem, który osiągasz po nocy przespanej w pełni. Wniosek jest trywialny - gdyby matka natura chciała, byś zarywał/a noce dla czytania, dałaby ci umiejętność widzenia w ciemnościach.
 [Tu jest miejsce na lament i oszczerstwa ze strony osób, które znają codzienną wersję mnie. Tak, to prawda, zapewniam swojemu organizmowi dostateczną ilość snu, co wcale nie oznacza, że ogarniam, że nie mam podkrążonych oczu, że jestem punktualna i że wcale nie ziewam. Właściwie u mnie jest wręcz na odwrót, ale nie od dziś wiadomo, że wyjątki takie jak ja potwierdzają regułę.]

Z kolei poranne czytanie ksiąg, w przeciwieństwie do powszechnie przyjętej wieczornej lektury do poduszki, jest wyrazem celebracji dnia albo chociaż poranka wolnego od bezdusznych obowiązków. Można się delektować. Czytać w swoim ulubionym tempie, wyobrażając sobie kolory, zapachy, smaki, uczucia, upływ czasu. Rozmyślnie rozkoszować się dokonanym wyborem, że zostaję w piżamce godzinę czy ileś dłużej, żeby naznaczyć swój dzień wymarzonym piętnem wolności wyboru, na co poświęcę skrawek mojego i  t y l k o m o j e g o czasu! Czyż to nie cudowne?!

No jasne, że nie. Jeżeli jesteś szczęśliwcem, masz w porywach do trzech poranków w tygodniu do potencjalnego wykorzystania w ten oto sposób, ale i tak dziwnym trafem zawsze kończysz z ręką w nocniku, goniąc za sprawami, których nie chciało się albo nie zdążyło zrobić w tygodniu. A jeżeli jesteś nieszczęśliwcem, to zapewne czytając te słowa tupiesz z zazdrości i rwiesz sobie włosy z głowy.

Akurat ja jestem szczęśliwcem. I co z tego? Najzupełniej nic. Ale pomarzyć zawsze można.
Albo można też wrzucić owo poranne czytanie do kategorii rytuały i jak dziecko cieszyć się nimi, gdy uda się je urzeczywistnić.

piątek, 6 lutego 2015

coś dla oka: wakacyjne zaległości

Dołączyłam nową podstronę, na której można obejrzeć moje niezbyt rozbudowane archiwum malunków. Za jednym zamachem da się popatrzeć na wszystko to, co dotąd udało mi się popełnić.
Do tego, co już możecie znać z wcześniejszych wpisów, dołączyła bluza z kluczami Woodkida (motyw już znany, teraz zrobiony farbami - wcześniej był jedynie pastelowy).


Dziś załączam jeszcze top na ramiączkach w wiosennej kolorystyce (popełniony również w wakacje). Wszystko pomazane pastelami do tkanin.



Czasu na tworzenie i odtwarzanie jest niewiele, nawet, gdy ma się do dyspozycji ferie i tym podobne przestrzenie czasowe (przykład widać jak na dłoni - dopiero teraz zamieszczam malunki z wakacji). Spróbuję jednak w najbliższym czasie zająć się malowaniem białego pióra na ciemnej bluzce - jeżeli się uda, na pewno nie omieszkam się pochwalić. :)

piątek, 16 stycznia 2015

za takie posty jak ten powinno się przepraszać

Zupełna pustość: zauważam, że w głowie im więcej zadań, tym mniej myślenia. A czy nie powinno być odwrotnie? Otacza nas nijakość, nastawienie na zadanie, na cel, na jutro, na plan pięćdziesięcioletni, chłoniemy otoczenie jak gąbki, a gdy się przepełnimy, zaczynamy przeciekać; czy coś tu jest nie tak? Niby wszystko działa jak powinno, a jednak każdy działa jak zombie, przeskakując jeden szczebelek w drabinie albo brakujący puzzel (wszystko jedno); ludziska patrzą na siebie samymi źrenicami bez tęczówek, szukając masek gazowych, by nie wciągać niezrozumienia wraz z powietrzem (i tak już po ptakach, krąży w krwiobiegu od życia płodowego). A tak bardzo, bardziej niż kim jesteś i co wiesz obchodzi mnie czy nadal śpisz.
Tak bardzo, tak bardzo głupia! Tak dużo czasu zmarnowałaś. Nadal nie umiesz prosić i wymagać. A masz przecież swoje naście lat, powinnaś już tyle, powinnaś tamto i owamto. Próbujesz się usprawiedliwiać niepodzielnością materii, tkanek i odczuć, robisz miny i kłamiesz, bo to twój język ojczysty (albo nawet matczysty). Słowa bolą jak depilacja woskiem, ale po kilku razach już nie czuć: ni ziębią ni grzeją, ni nikną, ni zostają. Cierpisz na mentalną bulimię, mówił ci to ktoś już? Nie mówił - ja mówię. Być może to ja jestem tym niezrozumieniem, które wdychasz. Być może (nie mam pewności) normalność wcale nie przynosi poprawy, być może Doktor pomylił się co do kuracji, zapisał zły lek. Może zamiast leczyć objawy, najpierw wyda diagnozę? Tyle nieprawidłowości pewnie jeszcze nigdy nie widział  - kto wie - w całym swoim byciu. 
Przemilczę wiele słów, aby zachować je na wszelki wypadek. 




Już mi lepiej, jak się ma poszatkowany działaniem, czy też wypestkowany bezduszną drylownicą bezsensu mózg, to czasami trzeba zwrócić nadmiar niebezpiecznych słów.